poniedziałek, 25 lutego 2013

Baba za kółkiem.. is back!

Hello again!

Miałam ogromne i piękne plany, aby bloga prowadzić... Regularnie. Powinnam była skupić się na tym, aby prowadzić go W OGÓLE.

Niestety, moja przygoda z motoryzacją, zaraz po otrzymaniu prawa jazdy, wcale się nie rozpoczęła. To proste - brak własnego auta. To oczywiste - świeżo upieczony kierowca nie powinien narzekać na niechęć otoczenia do udostępniania swoich środków lokomocji, jednakże pewien niedosyt wciąż mi doskwierał i nie chciał się odczepić...

Dnie i noce spędzałam na marzeniach o małym, własnym, uroczym autku. Gdyby życie było takie proste ;-) Gdyby pieniądze same wpływały na konto pod wpływem siły woli już dawno jeździłabym odrestaurowanym  Lincolnem Continentalem z '65 roku :-) Co najmniej!

Cierpiąc przez rok, postanowiłam w wakacje zapracować na coś swojego. Nie chciałam pieniędzy od rodziców. Ot, takie dziwne poczucie odpowiedzialności. Z autem, jak z dzieckiem - karmienie, pieszczenie, i tak dalej... A że własne dziecko wolałabym utrzymywać za własne pieniądze, podobnie stało się z autem.

W portfelu około 4 000 zł - co kupić? Od zawsze marzyłam o Peugeocie 206 CC - 15 000 zł to jednak zbyt wiele, jak na moje skromne, studenckie możliwości.

Wybór padł na pospolitego wśród seniorów ;-) DAEWOO MATIZA. Kilka dni poszukiwań i pod koniec września 2012 roku, na wsi pod Malborkiem, odnalazłam swoje małe, niebieskie szczęście - zwane aktualnie Mateuszem, tudzież - Matkiem, Matusiem lub Mateuszkiem.

Na zdjęciach - cudowny. Na żywo - mniej różowo. Wiadomo, auto z '98 roku - nie możemy spodziewać się cudów. Próg do wymiany (ta mała dziurka to i tak rarytas wśród zardzewiałych, rozpadających się z reguły Matizów), parę mniejszych poprawek lakierniczych, brak radia... I przemiłe młode, oczekujące dzidziusia małżeństwo, zeszło z ceny o całe 500 zł! Ile zapłaciłam? 3 800 zł :-)

Zostało jeszcze na nowe kołpaki i tanie, ale całkiem niezłe radio!

Nie będę ukrywać - o moim aucie jestem w stanie opowiadać długo i namiętnie. O mojej przygodzie z motoryzacją także. Aktualnie, będąc szczęśliwą posiadaczką samochodu, wiem, że będę pisać częściej.

Muszę, muszę, muszę!


Na koniec - przedstawiam Mateusza w lekko jesiennej aurze! :-) Do usłyszenia...


piątek, 4 listopada 2011

No i stało się!

Stało się!

20 września 2011 roku, około godziny 13.50 dowiedziałam się, iż wynik mojego Państwowego egzaminu  na prawo jazdy, okazał się być pozytywny.

POZYTYWNY!

Spełniło się moje największe, wówczas, marzenie. Moja droga do uzyskania tego lekko różowego, plastikowego prostokąta była długa i wyboista, jak przystało na POLSKIEGO kierowcę ;-) Jednak o tym, kiedy indziej. Tak naprawdę, dopiero 29 września rozpoczęłam mój najtrudniejszy egzamin. Ten egzamin, to samodzielna jazda.

Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie znalazłam się w samochodzie sam, na sam z kierownicą. Tylko ja i ona. Baba i kółko. BABA ZA KÓŁKIEM!

I to na dodatek BLONDYNKA.

Po jakimś czasie, zdałam sobie sprawę, że jazda samochodem, to coś, co robić uwielbiam. Wychodzę zatem z założenia, że:

1. Jeżeli, odważnie stwierdzamy, że istnieje coś, co naprawdę lubimy robić, trzeba o to dbać. Dokształcać się i nawet nie próbować spocząć na laurach!
2. Człowiek uczy się na błędach, tak! SWOICH, nigdy cudzych.

Co będzie dalej? To się okaże.

Bloga założyłam po to, aby przełamać obrzydliwy i krzywdzący stereotyp. Nie jest regułą, że kobieta jeździ gorzej, niż mężczyzna. Te stereotypy to pozostałości skostniałej już dawno historii ludzkiego istnienia. Ewoluujemy, nieprawdaż? Zmieńmy, więc także i stereotypy.

Ja CHCĘ dążyć do bycia świetnym kierowcą. Uważam, że w kierowaniu autem, nigdy nie osiągniemy perfekcji. Uczymy się przez całe życie. Droga może zaskoczyć nawet zawodowca, z 40-letnim stażem.

Wiem, że blog nie będzie prowadzony regularnie. Będę się jednak starać. Bardzo! :-)

Zatem, czas kobiecych przygód, z szeroko pojętą motoryzacją, czas zacząć!

Pozdrawiam!